Dzisiejszy ranek był paskudny, ponieważ padał deszcz.
Nie chciało mi się wstawać, ale przecież musiałam coś przekąsić..
Kiedy wyjrzałam ze środka szałasu, zauważyłam dorodną, grubą sarnę przy jeziorku.
Pomyślałam: „Ale mam szczęście, co za okaz!”
Natychmiast wyskoczyłam i mocnym zaciśnięciem szczęk zabiłam sarnę w mgnieniu oka. Zaciągnęłam zdobycz pod drzewo, żeby nie padało na mnie i zaczęłam jeść. Po krótkim czasie zauważyłam dziwne, małe zwierzę skradające się do mnie. Zwierzątko wyszło z cienia i zaczęło się na mnie patrzeć. – Było urocze, natychmiast się w nim zakochałam i pozwoliłam mu zjeść razem ze mną. Kiedy nasze brzuchy były napełnione, przyjrzałam się uważniej temu małemu ciałku.
*Jego sierść była piękna, błyszcząca i brązowa. Ciałko wydłużone, pyszczek długi i wypełniony ostrymi ząbkami, a po obu stronach głowy przyklejone były małe, czarne oczka.* - Po „zidentyfikowaniu” zwierzątka, wiedziałam, że to jest norka amerykańska! Ale skąd się tu wzięła? - Tego nie wiem.
Nagle zwierzę wtuliło się we mnie – poczułam jak budzi się we mnie instynkt macierzyński, wzięłam ją delikatnie w pysk – (trochę zaczęła piszczeć, ale to pewnie strach przed nieznajomym) i zaniosłam do szałasu. Po krótkim namyśle nazwałam ją Sholira, a następnie przykryłam kołdrą, bo była zziębnięta i tak stała się moim „tygrysiątkiem”.
(Dodałam moją ulubienicę do Przyjaciół stada : ) )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz